Czy dziesięć lat z życia to dużo? Dziecko z podstawówki powie, że tak, całe lub prawie całe życie. Człowiek ok 30-stki, że dużo, ale szybko leci. Emeryt u schyłku życia stwierdzi, że chwila, historyk analizujący dawne dzieje, lub uczeń podczas sprawdzianu nieraz przy datach myli się o 100 i więcej, nie tylko 10 lat :-).
Osobiście, jak patrzę wstecz, widzę, że w ciągu 10 lat można na przykład:
zdać maturę i dostać się na studia
skończyć 2 kierunki studiów, czyli mgr mgr można się pisać :-P
pójść do wojska
prowadzić gromadę zuchową w ZHP
prowadzić zajęcia na kursach i warsztatach
rozbić 3 (licząc z innymi uczestnikami 8) samochodów i mieć z tego powodu kłopoty
kupić własny samochód, po czym zmienić go na inny
przeprowadzić się do innego miasta
od podstaw wyremontować mieszkanie
3 razy zmienić pracę
dostać medal
ożenić się
mieć zwierzę domowe
odwiedzić kilka krajów europejskich + siedzibę NATO przy okazji
chodzić po górach i pływać w morzu
zaliczyć 2 x the Tall Ships` Races :-)
I wiele, wiele innych...
Z jednej strony sporo doświadczeń, z drugiej długa droga jeszcze do przebycia.
To, co niezmienne, to osoba obok, która w ciągu tych 10 lat niezmiennie towarzyszy u boku w zdrowiu, chorobie, tarapatach i radościach. I to jest najważniejsze.
I choć życie mija, zmieniają się znajomi, miasta, prace itp. itd., to patrząc w te jedne jedyne oczy ma się w głowie świadomość, że jest ta jedna jedyna stała część wszechświata.
Oby tak dalej :-).
piątek, 17 stycznia 2014
wtorek, 12 listopada 2013
Tradycja...
Tradycja to coś, co każdy robi, ale nikt nie wie dlaczego... Takie stwierdzenie padło swego czasu w TV (dawne czasy, gdy jeszcze to urządzenie w pokoju u mnie było), w jakimś programie kabaretowym.
Dlaczego robimy to, co robimy, tzn. dlaczego obchodzimy jedne święta, inne omijamy szerokim łukiem? Dlaczego świętujemy w ten czy inny sposób rocznice martyrologii, niepodległości, powstań narodowych?
Wypływa to nie tylko z naszej historii i tradycji właśnie, ale też z uwarunkowań politycznych i kulturowych w danym momencie. Ba, nawet z miejsca w Polsce, w jakim żyjemy.
Przykładowo - w Poznaniu festyn z okazji imienin ulicy Św. Marcin, tony rogali itp. przyćmił praktycznie całkowicie święto niepodległości, to znaczy jego obchody na sąsiednim z tą ulicą placu Wolności. I choć miasto robi co może, żeby rozdzielić czasowo te dwie imprezy, to jednak ma się tutaj poczucie, że "poznańskość" jest nadrzędna. Tradycja lokalna wygrywa z państwową, bo nawet na oficjalnych odchodach najwięcej akcentów typowo poznańskich z III powstania wielkopolskiego (I w 1806 r., wygrane, II w 1848 r., przegrane, i III w 1918-1919 r., wygrane, także 2:1 dla nas) :-).
Początkowo żałowałem, że święto niepodległości jest tutaj przyćmione... Jednak kiedy znowu dowiedziałem się, jakie "atrakcje" były w stolycy, to osobiście wolę się najeść rogali. Rok w rok zamiast radości coraz gorsze burdy, w stylu - bić tramwaj, bo czerwony!, bezmyślność tłumu (tautologia, tłum z definicji jest bezmyślny, wiem) i bezmyślność organizatorów różnych marszy (dlaczego nie jeden marsz ponad podziałami? ), wytyczających zderzające się ze sobą trasy, albo okrążający ambasadę ZSRR, przepraszam, Federacji Rosyjskiej?! Nikt nie pomyślał, że odżyją resentymenty i źle rozumiany patriotyzm zmieni się w międzynarodowy skandal?!
Bylejakość, chamstwo, obłuda, stereotypy i ksenofobia - ciekawy portret poszedł w świat.
Przypomniała mi się wtedy też dziwna postawa władz 3 lata temu, kiedy przypomniano wielkie zwycięstwo sprzed 600 lat (Grunwald 1410 r. - około 1,5 raza więcej Polaków i Litwinów w kwiecie wieku przeciwko Krzyżakom mobilizującym wszystkie rezerwy jakie mogli znaleźć), a zapomniano o "drobnym" zwycięstwie sprzed 400 lat, by nie drażnić Rosji (chodzi o bitwę pod Kłuszynem w 1610 r. - Rosjanie mieli wielokrotną przewagę liczebną, ponieśli druzgoczącą klęskę - co otworzyło nam, jako jedynym poza Mongołami, drogę dalej i możliwość zdobycia Moskwy... co ciekawe, rosyjskim "świętem niepodległości" jest dzień wycięcia polskiej załogi Kremla w 1612 r.), można zrozumieć trochę rozgoryczenie tłumu, ale tłum pewnie nic na termat takich poczynań rządu nie wiedział...
Innymi słowy, rząd nieudolny, bojący się powiedzieć jednoznacznie swoje stanowisko. Uczestnicy marszu poniżej wszelkiej krytyki. Retoryka polityczna wśród przedstawicieli partii opozycyjnych - również.
Z niesmakiem długo nie mogłem zmrużyć oka, a w myślach kołatała mi się dawno słyszana piosenka Jacka Kaczmarskiego... Posłuchajcie, jeśli chcecie.
Tradycja, Jacek Kaczmarski
Dlaczego robimy to, co robimy, tzn. dlaczego obchodzimy jedne święta, inne omijamy szerokim łukiem? Dlaczego świętujemy w ten czy inny sposób rocznice martyrologii, niepodległości, powstań narodowych?
Wypływa to nie tylko z naszej historii i tradycji właśnie, ale też z uwarunkowań politycznych i kulturowych w danym momencie. Ba, nawet z miejsca w Polsce, w jakim żyjemy.
Przykładowo - w Poznaniu festyn z okazji imienin ulicy Św. Marcin, tony rogali itp. przyćmił praktycznie całkowicie święto niepodległości, to znaczy jego obchody na sąsiednim z tą ulicą placu Wolności. I choć miasto robi co może, żeby rozdzielić czasowo te dwie imprezy, to jednak ma się tutaj poczucie, że "poznańskość" jest nadrzędna. Tradycja lokalna wygrywa z państwową, bo nawet na oficjalnych odchodach najwięcej akcentów typowo poznańskich z III powstania wielkopolskiego (I w 1806 r., wygrane, II w 1848 r., przegrane, i III w 1918-1919 r., wygrane, także 2:1 dla nas) :-).
Początkowo żałowałem, że święto niepodległości jest tutaj przyćmione... Jednak kiedy znowu dowiedziałem się, jakie "atrakcje" były w stolycy, to osobiście wolę się najeść rogali. Rok w rok zamiast radości coraz gorsze burdy, w stylu - bić tramwaj, bo czerwony!, bezmyślność tłumu (tautologia, tłum z definicji jest bezmyślny, wiem) i bezmyślność organizatorów różnych marszy (dlaczego nie jeden marsz ponad podziałami? ), wytyczających zderzające się ze sobą trasy, albo okrążający ambasadę ZSRR, przepraszam, Federacji Rosyjskiej?! Nikt nie pomyślał, że odżyją resentymenty i źle rozumiany patriotyzm zmieni się w międzynarodowy skandal?!
Bylejakość, chamstwo, obłuda, stereotypy i ksenofobia - ciekawy portret poszedł w świat.
Przypomniała mi się wtedy też dziwna postawa władz 3 lata temu, kiedy przypomniano wielkie zwycięstwo sprzed 600 lat (Grunwald 1410 r. - około 1,5 raza więcej Polaków i Litwinów w kwiecie wieku przeciwko Krzyżakom mobilizującym wszystkie rezerwy jakie mogli znaleźć), a zapomniano o "drobnym" zwycięstwie sprzed 400 lat, by nie drażnić Rosji (chodzi o bitwę pod Kłuszynem w 1610 r. - Rosjanie mieli wielokrotną przewagę liczebną, ponieśli druzgoczącą klęskę - co otworzyło nam, jako jedynym poza Mongołami, drogę dalej i możliwość zdobycia Moskwy... co ciekawe, rosyjskim "świętem niepodległości" jest dzień wycięcia polskiej załogi Kremla w 1612 r.), można zrozumieć trochę rozgoryczenie tłumu, ale tłum pewnie nic na termat takich poczynań rządu nie wiedział...
Innymi słowy, rząd nieudolny, bojący się powiedzieć jednoznacznie swoje stanowisko. Uczestnicy marszu poniżej wszelkiej krytyki. Retoryka polityczna wśród przedstawicieli partii opozycyjnych - również.
Z niesmakiem długo nie mogłem zmrużyć oka, a w myślach kołatała mi się dawno słyszana piosenka Jacka Kaczmarskiego... Posłuchajcie, jeśli chcecie.
Tradycja, Jacek Kaczmarski
sobota, 24 sierpnia 2013
Where you gonna go, where you gonna sleep tonight?
Wraz z początkiem sierpnia wybraliśmy się z małżonką na urlop. Zdania co do miejsca początkowo były podzielone, w związku z czym, skoro lubimy i góry, i morze, i nasze rodzinne miasto też - wybraliśmy się we wszystkie te miejsca, praktycznie naraz.
Pierwszego dnia wieczorem droga wypadła nam do Lichenia, po Mamę, Babcię i siostrę mojej ślubnej.
Wracaliśmy tego samego dnia, więc z widoków tylko kopalnia odkrywkowa węgla koło Konina.
Drugiego sierpnia po południu samochodem do Szczecina - z przygodami i błądzeniem, ale to przez remonty.
Kilka dni następnych to The Tall Ships Races 2013 w Szczecinie, niesamowita impreza, choć bez mocnych występów załogi meksykańskiej - może oszczędzali siły na Gdynię?
Były żagle, koncerty, szanty, dużo ludzi... i niemożliwy wręcz skwar (a w nocy deszcz, ciekawe).
Dobrym akcentem było, testowane już od rana, powitanie wchodzących jednostek:
Powitanie zaglowców
Po kilku dniach (konkretniej w niedzielę 4 sierpnia) nocnym, zatłoczonym pociągiem wybraliśmy się do Zakopanego. Od razu weszliśmy na Gubałówkę, stamtąd na Butorowy Wierch, i, gubiąc się, jak to my, zeszliśmy na Krzeptówki.
Nocowaliśmy na Głodówce, miejscu koło Bukowiny Tatrzańskiej, z zapierającym dech w piersiach widokiem na góry. Czasem śni się po nocach...
Tutaj również skwar, ale też zwiedzanie, Morskie Oko, dolina 5 stawów, kolejka na Kasprowy na 5h (dlatego też w niecałe 4 weszliśmy - spokojnie, z długim postojem na hali gąsienicowej). O dziwo, na zjazd na dół obyło się bez kolejki...
Później na pół dnia do Szczecina (po samochód, i podzielić się wrażeniami), ja do pracy, żona miała jeszcze kilka dni urlopu, więc w długi weekend najpierw do kochanej Teściowej (imieniny zobowiązują), a potem... do Świnoujścia - do mojej Babci, a także wykąpać się choć raz na 2 lata w Bałtyku.
Podróż do Poznania udana, nie licząc korka znad morza, no i zakopania się w lesie w ściółce na poboczu (grzybnia bywa zdradliwa...) Kleszcze wbić się nie zdążyły, chociaż 2 znalazłem później. Może leżenie w lesie pod samochodem i odkopywanie go jakoś je przyciąga?
A teraz znów praca-dom-zakupy, i tak do poczatku września... I potem znów intensywnie! :-)
Pierwszego dnia wieczorem droga wypadła nam do Lichenia, po Mamę, Babcię i siostrę mojej ślubnej.
Wracaliśmy tego samego dnia, więc z widoków tylko kopalnia odkrywkowa węgla koło Konina.
Drugiego sierpnia po południu samochodem do Szczecina - z przygodami i błądzeniem, ale to przez remonty.
Kilka dni następnych to The Tall Ships Races 2013 w Szczecinie, niesamowita impreza, choć bez mocnych występów załogi meksykańskiej - może oszczędzali siły na Gdynię?
Były żagle, koncerty, szanty, dużo ludzi... i niemożliwy wręcz skwar (a w nocy deszcz, ciekawe).
Dobrym akcentem było, testowane już od rana, powitanie wchodzących jednostek:
Powitanie zaglowców
Po kilku dniach (konkretniej w niedzielę 4 sierpnia) nocnym, zatłoczonym pociągiem wybraliśmy się do Zakopanego. Od razu weszliśmy na Gubałówkę, stamtąd na Butorowy Wierch, i, gubiąc się, jak to my, zeszliśmy na Krzeptówki.
Nocowaliśmy na Głodówce, miejscu koło Bukowiny Tatrzańskiej, z zapierającym dech w piersiach widokiem na góry. Czasem śni się po nocach...
Tutaj również skwar, ale też zwiedzanie, Morskie Oko, dolina 5 stawów, kolejka na Kasprowy na 5h (dlatego też w niecałe 4 weszliśmy - spokojnie, z długim postojem na hali gąsienicowej). O dziwo, na zjazd na dół obyło się bez kolejki...
Później na pół dnia do Szczecina (po samochód, i podzielić się wrażeniami), ja do pracy, żona miała jeszcze kilka dni urlopu, więc w długi weekend najpierw do kochanej Teściowej (imieniny zobowiązują), a potem... do Świnoujścia - do mojej Babci, a także wykąpać się choć raz na 2 lata w Bałtyku.
Podróż do Poznania udana, nie licząc korka znad morza, no i zakopania się w lesie w ściółce na poboczu (grzybnia bywa zdradliwa...) Kleszcze wbić się nie zdążyły, chociaż 2 znalazłem później. Może leżenie w lesie pod samochodem i odkopywanie go jakoś je przyciąga?
A teraz znów praca-dom-zakupy, i tak do poczatku września... I potem znów intensywnie! :-)
Subskrybuj:
Posty (Atom)
